wtorek, 7 kwietnia 2015

16. Ucker mnie przypilnuje

Anahi:
Kiedy się obudziłam, Poncha koło mnie nie było. Zamiast niego obok leżała karteczka z napisem:
"Anyś, skarbie, ta noc była cudowna <3 To nie zmienia faktu, że musimy poważnie porozmawiać, bo to się nie powinno zdarzyć, wiesz o tym. Niestety musiałem iść do pracy, więc wpadnę wieczorem. Jeśli oczywiście chcesz... ;)"
Kiedy to czytałam, najpierw zrobiło mi się ciepło na sercu, bo nazwał mnie "Skarbem". Głupie, prawda? Później jednak zrozumiałam, że mam kłopoty. Kurde, on chce pogadać i to poważnie... Co ja mu powiem? "Słuchaj, Poncho, bo ja miałam na Ciebie ochotę i dlatego zaciągnęłam Cię do łóżka."?! No błagam, to bez sensu... Ale przecież taka prawda. To znaczy ja właściwie już nie wiem. Podoba mi się, jak nikt inny wcześniej, ale... Nie, ja się nie zakochałam! Rozbolała mnie głowa od tego intensywnego myślenia. Mam nadzieję, że wieczorem wszystko sobie wyjaśnimy. Ale co dalej?! Oby to nie zniszczyło tego, co nas łączy. Przyjaźni? Nie idiotko, to nie przyjaźń, nie ma o niej już nawet mowy! Eh... I taka wewnętrzna kłótnia między tym, co wiem, a tym, co czuję trwała jeszcze bardzo długo. W końcu poszłam do kuchni na śniadanie. W głowie wciąż miałam słowa z liściku od Poncha "...to się nie powinno zdarzyć, wiesz o tym...". Wiem? Nie jestem pewna. Czy on żałuje tego, co się stało? Ja na pewno nie. Bynajmniej na razie...

Ucker:
Wstałem dość wcześnie. Zdążyłem pojechać do sklepu po świeże bułki, a Dulce dalej spała. Ile można spać? Nie chciałem jej budzić, ale miałem pewne plany, więc niestety musiałem. Powoli usiadłem koło niej na łóżku i zacząłem smyrać ją delikatnie opuszkami palców po policzku. Wzdrygnęła się, ale się nie obudziła. Jezu, co za śpioch...
-Pobudka śpiochu.- szepnąłem jej do ucha. Obudziła się, przeciągając się słodko. -Wyspałaś się?- zapytałem, kiedy patrzyła na mnie cudownie zaspanymi oczkami.
-Która godzina?- wydukała, ziewając.
-Po dwunastej.- odpowiedziałem z uśmiechem.
-Tak wcześnie?... W takim razie dobranoc.- już chciała odwrócić się na drugi bok i dalej spać, ale jej przeszkodziłem, łapiąc ją za ramię.
-O nie... Koniec spania. Wstawaj, mam dla Ciebie niespodziankę.
-Jaką?
-No przecież mówię, że to niespodzianka. Wstawaj, to się dowiesz.
-To już szantaż.- jej głos był żywszy, taki można powiedzieć zadziorny. Odwróciła się w moją stronę, po czym usiadła.
-Może troszeczkę. Dobra, ja idę Ci zrobić śniadanie, a Ty idź się ogarnij do łazienki.- spojrzałem na jej strasznie rozczochrane włosy. -Przyda się.- od razu ogarnęła, o co chodzi i zmierzyła mnie wzrokiem zabójcy.
-Oj Uckerku... Lepiej ze mną nie zadzieraj.- jaka groźna, haha.
-Mam się bać?...- celowo ją denerwowałem, bo widziałem w jej oczach radość, bawiło ją to.
-Tak. Ale poczekaj, zemszczę się później, bo teraz idę siku.- ahh, ta jej bezpośredniość... Jak gdyby nigdy nic wstała i poszła do łazienki.
-Tylko tam nie zaśnij!- krzyknąłem przez drzwi, po czym udałem się do kuchni.

Dulce:
Ogarnęłam się trochę, ale jeszcze zostałam w piżamie, bo nie chciało mi się ubierać. Wyszłam z łazienki i poszłam do kuchni. Teraz wyglądałam już dużo lepiej, choć jeszcze nie perfekcyjnie. Ucker stał przy blacie kuchennym i kroił pomidora. Podeszłam do niego i objęłam go od tyłu.
-Co dobrego robisz mi na śniadanie?- zapytałam słodkim głosem.
-Pyszne kanapeczki dla pięknej królewny.- odpowiedział z uśmiechem i położył ostatni plasterek pomidora na kanapce, odwracając się twarzą do mnie.
-Mmm...- mruknęłam zachwycona. Usiadłam do stołu i zaczęłam jeść. Muszę przyznać, że bardzo się postarał. -Dziękuję.- powiedziałam, kiedy skończyłam jedzenie.
-Smakowało?- zapytał, wstając od stołu i odkładając talerze do zlewu.
-No jasne. A teraz powiesz mi co to za niespodzianka?- niecierpliwiłam się, byłam tak bardzo ciekawa.
-Yyy... Nie.- odmówił z miną niewiniątka.
-Dlaczego? Oszukałeś mnie Ty wredny, podstępny gadzie!- dostał ścierką po tyłku. Później mi ją wyrwał z ręki i zrobił to samo. Śmieliśmy się, wygłupialiśmy. Zaczęło się od klepania ścierką po tyłku, a skończyło na chlapaniu wodą.
-Stop!- przerwał wygłupy, zabierając mi ścierkę. -Wystarczy, bo zaraz nic nie wyjdzie z moich planów.
-To znaczy mojej niespodzianki?
-Tak, Dul. A teraz idź się ubierz, bo zaraz gdzieś pojedziemy.
-Ok.- odpuściłam i poszłam się ubrać. Założyłam rurki i bluzkę na długi rękaw, bo było dość zimno. Doprowadziłam moje nieznośne włosy do porządku i zrobiłam lekki makijaż. Na mojej twarzy malował się radosny uśmiech. Aż się nie mogłam napatrzeć, bo to tak rzadko się zdarza. Po wczorajszym smutku ani śladu, idealnie.
Nie minęło dużo czasu, a siedzieliśmy już w samochodzie.
-Powiesz mi w końcu dokąd jedziemy?- marudziłam ciągle.
-Bądź cierpliwa, zaraz się dowiesz.- odpowiadał za każdym razem podobnie, co strasznie mnie drażniło.
-Mogłam wziąć ze sobą ścierkę.- stwierdziłam, śmiejąc się.
-Jesteśmy na miejsu.- zatrzymał się. Nie miałam pojęcia, gdzie jesteśmy.
-Co to za miejsce?- zapytałam, patrząc na niego uważnie.
-Zaraz się dowiesz.- odpowiedział i cmoknął mnie w policzek. Uśmiechnęłam się, a on wyszedł. Oczywiście otworzył także drzwi z mojej strony. Wysiadłam i szliśmy za rękę. Po jakimś czasie weszliśmy do dużego budynku. Nie zdążyłam przeczytać co to. Mam wrażenie, że Ucker to zrobił specjalnie. W środku było bardzo kolorowo, przypominało mi to przedszkole. Szłam posłusznie za rękę z Uckerem, rozglądając się wokoło. Podeszliśmy do czegoś w rodzaju recepcji. Christopher wziął jakąś karteczkę i poszliśmy dalej. Weszliśmy do jakiegoś dziwnego pomieszczenia.
-Ucker, co to jest?- zapytałam zaciekawiona i trochę zaniepokojona.
-Nie wkurzaj się na mnie tylko, ok? Bo ja umówiłem Cię na spotkanie z psychoterapeutą.
-Że co? Po co to? Mogłeś mnie chociaż zapytać o zdanie.- zdenerwowałam się, bo znowu traktuje mnie jak psychopatkę.
-Przepraszam, ale wiem, że byś się nie zgodziła, jakbym Ci o tym wcześniej powiedział.- powiedział spokojnym i delikatnym tonem głosu, patrząc mi w oczy.
-I tak powinieneś mi powiedzieć.- stwierdziłam już spokojniej.
-Jesteś na mnie zła?
-Tak.- odpowiedziałam, krzyżując ręce na piersi.
-Bardzo?- zrobił minę zbitego psa, był taki słodki.
-Nie.- odpowiedziałam, a na mojej twarzy mimowolnie pojawił się szeroki uśmiech. Zaczęliśmy się śmiać.
-Cieszę się, daj buziaka.
-Nie.- odmówiłam jak małe dziecko, które nie chce jeść obiadu.
-To sam sobie go wezmę.- przyciągnął mnie do siebie i cmoknął w policzek.
-Odejdź brutalu!- odsunęłam go od siebie i wytkęłam mu język. Do pokoju weszła jakaś pani. Miała miły wyraz twarzy i serdeczny uśmiech. Od razu się domyśliłam, że to ta cała psychoterapeutka.
-Dzień dobry, nazywam się Linda Ferrer.- przywitała się, podając nam rękę.
-Dulce.- odpowiedziałam z delikatnym, nieśmiałym uśmiechem.
-No to co, pogadamy?- zapytała żywo.
-No skoro musimy...- zgodziłam się bez żadnego entuzjazmu.
-Zapewniam Cię, że miło spędzimy czas. A tego uroczego pana prosimy na zewnątrz.- uśmiechnęła się do Uckera, wskazując na drzwi.
-To ja... Pójdę do bufetu na kawę.- wyszedł i zamknął drzwi.
-Siadaj, rozgość się.- wskazała na dużą, niebieską kanapę. Posłusznie usiadłam. -Masz bardzo miłego męża.- powiedziała z uśmiechem. -Na pewno bardzo Cię kocha, skoro się tak o Ciebie troszczy i tu z Tobą przyjeżdża.
-Eee... Właściwie to my... To skomplikowane.- zgubiłam się w tym. No bo jak to wytłumaczyć?
-To jasne, że masz skomplikowane życie. Jestem tu po to, żeby pomóc Ci się w tym odnaleźć. No dobrze, opowiedz mi wszystko ze szczegółami.- przyglądała mi się badawczym spojrzeniem, co trochę mnie krępowało. Opowiedziałam jej praktycznie całe moje życie. Byłam zalana łzami, nie potrafiłam inaczej.
-Wiesz, że okaleczanie się nie załatwia żadnej sprawy?- no świetnie... Zaczyna się. To samo słyszałam w szpitalu.
-Teraz to wiem, ale wtedy... Miałam inny wybór?! Miałam męża-psychopatę, który zmuszał mnie do bycia dziwką. Zresztą nie wiedziałam, co robię. To wszystko działo się tak szybko, a ja byłam wykończona i nie radziłam sobie z tym.
-Wiem, rozumiem. Powiedz mi, co innego mogłabyś w tej sytuacji zrobić?- teraz to dowaliła pytanie.
-Nic. Próbowałam się stawiać już nie raz, uciekanie z domu też nie skutkowało. To był jedyny sposób. I w sumie pomogło, bo teraz jestem tutaj z Uckerem, daleko od Carlosa. Tylko... Tak bardzo tęsknię za moją kuzynką. Chciałabym ją przeprosić za to, jak potraktowałam ją w szpitalu. To było okropne i dopiero teraz to widzę.- doktor wiedziała o co chodzi, bo wcześniej jej tą sytuację opowiedziałam.
-Teraz to wiesz, bo powoli odzyskujesz zdrowy rozsądek.
-Czy to znaczy, że ja...- kolejna sugeruje, że jestem nienormalna.
-Tak, przeszłaś załamanie nerwowe. Nie denerwuj się i nie wstydź się tego. Ludzie, którzy Ci to mówią, nie chcą zrobić Ci na złość, to z troski o Twoje zdrowie. Powinnaś być z siebie dumna, bo sobie z tym szybko poradziłaś i Twój stan jest już dobry.
-Nie jest. To znaczy ogólnie nie jest źle, ale bywają chwilę zwątpienia.
-Na czym to polega? Opisz to, proszę.
-Kiedy zostaję sama na przykład, jak Ucker zaśnie, to znów wszystko do mnie wraca. Znowu czuję się bezużyteczna i przypominają mi się słowa Carlosa "Jesteś świetną dziwką. To Twoje powołanie." To straszne uczucie. Chwilami mam wrażenie, że on miał rację, bo nic innego w życiu mi nie wychodzi. Nawet zabić się porządnie nie potrafię...
-Przestań... Co Ty wygadujesz? Na pewno jest coś, co potrafisz.- próbowała mnie pocieszyć, ale jakoś to do mnie nie docierało.
-Nie.
-Mówisz tak tylko dlatego, że masz zaniżoną samoocenę. Przypomnij sobie jakiś komplement, który usłyszałaś.
-Ojej, będzie trudno... No ok, Ucker powiedział, że jestem śliczna i słodka.- nic innego nie przyszło mi do głowy.
-Było Ci miło, kiedy to usłyszałaś?
-No...  Tak.
-Więc wyobraź sobie, że gdybyś zaczęła doceniać samą siebie, to byłoby Ci tak miło cały czas. Fajnie, co?- eh... Nie myślałam o tym w ten sposób.
-Ja tak nie potrafię, nie po tym wszystkim.- stwierdziłam zrezygnowana.
-A gdybyś tak napisała na kartce swoje dobre cechy? Wszystko co Ci wpadnie do głowy, z wyglądu, charakteru. Wszystko, nie będę tego kwestionować.- Jezu, co to za bzdury?... No dobra, niech jej będzie. Podała mi kartkę i długopis. No i co mam tu napisać? Po jakimś czasie na mojej kartce pojawiło się kilka słów: figura, włosy, głos, oczy, szczerość, wrażliwość, kreatywność. Więcej już nie zdołałam wymyślić.
-Wystarczy tyle?- zapytałam, podając kartkę pani doktor.
-Tak, świetnie.- odpowiedziała z uśmiechem. -No widzisz... Masz dobre cechy, więc nigdy więcej nie mów, że jesteś bezużyteczna. Jestem pewna, że jest w Tobie więcej dobrego, ale sama jeszcze tego nie odkryłaś. Ja też znalazłam jedną Twoją dobrą cechę.
-Serio, jaką?
-Jesteś silna. Uwierz mi, że nie jedna osoba po czymś takim już dawno wylądowałaby w psychiatryku. Ty dajesz sobie radę, a co więcej... Nawet potrafisz jeszcze wskazać w sobie cokolwiek dobrego. Odrobina wiary w siebie i nadziei na przyszłość oraz trochę ciepła, i będzie dobrze.
-Naprawdę? Chciałabym, żeby było już po wszystkim. Tyle, że... Nie potrafię sobie poradzić z pewnymi rzeczami i chyba za dużo o tym wszystkim myślę.- nie no, ja zaskakuję samą siebie... Od kiedy ja się tak zwierzam komuś innemu oprócz Any?
-Mogę Ci przepisać jakieś leki na uspokojenie, będziesz po nich szybciej zasypiać. Tylko z nimi nie przesadzaj.
-Dobrze, Ucker mnie przypilnuje.- zaśmiałam się.
-Lubisz go, prawda?
-Yhm. Bardzo mi pomaga. Poza tym świetnie się dogadujemy i miło spędzamy czas.- na jego wspomnienie na mojej twarzy pojawił się uśmiech.
-Jest Twoim mężem, tak?
-No... Tak, ale to tylko na papierku, żeby nie był nim Carlos.
-Szczerze mówiąc, nie uważam, aby to był dobry pomysł.
-Dlaczego?
-Przy takich układach istnieje cienka granica, którą łatwo przekroczyć. Musicie dokładnie wiedzieć, czego chcecie. Jednak w Twoim stanie może się to okazać niemożliwe.
-Przecież zdaję sobie sprawę z tego, że to tylko i wyłącznie układ.- a może tak mi się tylko wydaje?...
-Musisz znać i rozumieć swoje uczucia, bo inaczej będziesz znów cierpieć.
-Sugeruje pani, że...- Jezu, nie -Że ja się w nim... Zakochałam?
-Sama powinnaś to wiedzieć. Powiedz mi, czego oczekujesz od tego związku?
-No ja... Chcę tylko czuć się bezpieczna.
-I tylko tyle Ci on do tej pory daje?
-No nie do końca... Dostałam od niego dużo czułości, uwagi. Ogólnie gdyby nie on to chyba zapomniałabym, co to uśmiech. Czy to źle?
-Teoretycznie nie, ale powinniście szczerze pogadać o tym, co Was łączy.
-Po co? Przecież poza kilkoma pocałunkami niczego nie było...
-Ach tak?
-No tak przypadkiem... Jakieś trzy razy.- uśmiechnęłam się nerwowo.
-Oj, Dulce... No cóż, życzę Wam szczęścia. Jak coś, to przychodź, kiedy chcesz.- posłała mi serdeczny uśmiech. -A i masz tu receptę.- podała mi kartkę.
-Dziękuję, do widzenia.
-Do widzenia.- po tych słowach wyszłam. Szłam korytarzem, pogrążona w myślach. Ta rozmowa naprawdę wiele mi dała. Tyle tylko, że teraz mam wątpliwości, co do swoich uczuć do Uckera. Dość szybko go znalazłam. Siedział w bufecie i grał w jakąś gierkę na telefonie.

Anahi:
Cały dzień przesiedziałam w domu. W zasadzie to moim jedynym ruchem na dziś było chodzenie z pokoju do kuchni po słodycze. No ok, jeszcze od czasu do czasu wychodziłam do toalety. Byłam w kompletnej rozsypce. Bałam się tego, co chce mi powiedzieć Poncho. Jednocześnie doskonale wiedziałam, że wczoraj zniszczyliśmy naszą przyjaźń. Tak, to jest powód, żeby objadać się czekoladą. Nagle usłyszałam pukanie do drzwi. Wstałam, by otworzyć. Najgorsze jest to, że miałam trochę dalej niż do kuchni. W drzwiach ujrzałam nie kogo innego, jak mojego towarzysza ostatniej nocy.
-Cześć.- powiedziałam cicho, kiedy on zmierzał mnie wzrokiem z góry na dół. -No co? Wejdziesz, czy będziemy stać tak w progu?- zapytałam skrępowana, przyglądając mu się uważnie.
-Nie no jasne, bo to nie rozmowa na "przez próg".- jej, o takim rodzaju rozmowy to ja jeszcze nie słyszałam. Wszedł do środka, a ja zamknęłam drzwi.
-Napijesz się czegoś?- jejku, atmosfera między nami była taka drętwa, wręcz ponura.
-Wody, albo jakiegoś soku jak masz.- odpowiedział poważnym tonem. Przerażał mnie.
-Proszę.- podałam mu sok i sobie też nalałam. -No więc o czym chciałeś gadać?- a ja jak zwykle robię z siebie idiotkę, bo przecież temat naszej rozmowy jest praktycznie oczywisty.
-Wiesz to doskonale.- jaki on oschły i oficjalny...
-Poncho, czy Ty... Tego żałujesz?- zapytałam nieśmiało.
-No wybacz... Zdradziłem z Tobą swoją żonę.

No dobrze Moniczko, Ty marudo głupia masz rozdział :* Taki trochę nudny w porównaniu do tego, jaki ponoć jest Twój xD No ale chciałaś, to masz ;) 
P.S. Jeśli skończą mi się rozdziały, co zaburzy regularne dodawanie i będą rzadziej, to pamiętajcie, że to wina wspomnianej wyżej marudnej, podłej szantażystki :P 

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

15. Mam zimne ręce

Dulce:
-Już? Możemy wrócić do rozmowy?- zapytał Ucker, odsuwając mnie delikatnie od siebie i łapiąc za brodę, bym patrzyła mu w oczy.
-Spróbuję, ale nic nie obiecuję. To dla mnie naprawdę trudne.- odpowiedziałam ze smutkiem, a on zareagował delikatnym, pocieszającym uśmiechem.
-Rozumiem Cię. Powiedz... Dlaczego stwierdziłaś, że to kolejna beznadziejna noc poślubna?
-Dlaczego? No wiesz... Wzięliśmy dzisiaj ślub, a nic nas nie łączy. Czy to nie jest beznadziejna sytuacja? Od zawsze marzyłam o pięknym ślubie, a co dostałam od życia? Nic, wielkie guwno. A dlaczego? Bo jestem naiwną idiotką.- i w ten oto sposób powrócił mój niepokój, panika.
-Nie mów tak. Wiem, że Twój ślub z Carlosem był koszmarną pomyłką, ale już po wszystkim. I wiesz co? Chociaż nas nic nie łączy, to przecież możemy miło spędzić tą noc.- w jego głosie słyszałam współczucie, zrozumienie, a jego spojrzenie i uśmiech były bardzo zachęcające, pocieszające.
-Co proponujesz?- zapytałam, a na mojej twarzy mimowolnie pojawił się uśmiech.
-Mógłbym zapytać Cię o to samo. To Ty jesteś przygnębiona, więc powiedz, co mam zrobić, żebyś się lepiej poczuła.- jejku, trudne pytanie. Patrzy na mnie pytająco, a na mojej twarzy powoli pojawia się uśmiech, ale jest on na razie delikatny, tłumiony łzami. -To jak będzie?- czekał na odpowiedź.
-Hm... Jeśli chcesz mnie naprawdę odprężyć, to zrób mi masaż.- wymyśliłam, patrząc mu w oczy z uwodzicielskim spojrzeniem.
-Z przyjemnością. Poczekaj.- wstał na chwilę z łóżka. Wrócił i kazał mi się położyć na brzuchu. Zrobiłam to i podciągnęłam  koszulkę maksymalnie do góry. Ucker złapał za zapięcie mojego stanika i zapytał cicho:
-Mogę?- od razu domyśliłam się, że chce mi go odpiąć, żeby nie przeszkadzał.
-Mhm.- mruknęłam cicho, kładąc głowę na miękkiej,puszystej poduszce. Christopher delikatnie usiadł na moich pośladkach. Przez chwilę chyba czekał na moją reakcję. Bał się, że mi się to nie spodoba? Nie wiem, może. W sumie trochę mnie to skrępowało, ale jednocześnie spodobało. Lubię, kiedy jest blisko, nawet w takiej dość dziwnej pozycji jak w tej chwili. Wziął jakiś olejek o pięknym zapachu i wylał na swoje dłonie.
-Uwaga, mam zimne ręce.- ostrzegł i ostrożnie położył dłonie na moich plecach. Rzeczywiście były zimne, wzdrygnęłam się, a on zaśmiał się cicho. Zaczął masować mój kark, ramiona, plecy. Och... To było takie cudowne. Zamknęłam oczy i po prostu odpłynęłam. Wtedy zapomniałam o wszystkich krzywdach, smutkach. Liczyła się dla mnie jedynie ta przyjemność, jaką sprawiał mi Ucker. Na moich ustach widniał szeroki uśmiech. Mogłabym spędzić tak całą wieczność.
-I jak?- zapytał, nachylając się nad moim uchem.
-Świetnie. Mimo tego, że masz tak zimne ręce.- kątem oka widziałam jego słodki, czuły uśmiech. Po chwili poczułam, jak całuje mnie w policzek, koło ucha. Ponownie przeszły mnie ciarki, z przyjemności. A może z podniecenia? Czy możliwe, by wzbudzał we mnie takie uczucia? Nie, to z pewnością nie to. Zapiął mi z powrotem stanik i poprawił koszulkę, zakrywając nią całe moje plecy. Robił to tak powoli, wręcz zmysłowo. Zszedł ze mnie i położył się obok. Patrzyłam mu w oczy z uśmiechem, który on odwzajemniał.
-Dziękuję.- szepnęłam.
-Nie ma za co. Chcesz już spać?- zapytał z troską.
-Nie wiem.- odpowiedziałam, wzruszając ramionami.
-No to co chcesz robić?
-Nie wiem.- powtórzyłam dokładnie ten sam gest.
-A czy Ty cokolwiek wiesz?- zapytał już wyraźnie rozbawiony moimi odpowiedziami.
-Pewna nie jestem niczego. Jednak wiem tylko, że dzięki Tobie czuję się już o wiele lepiej.
-Tak?
-Tak. I wiesz co? Fajna ta nasza noc poślubna.- stwierdziłam z szerokim uśmiechem.
-A jaka była tamta? To znaczy... Jeśli nie chcesz, to oczywiście nie mów.- zmieszał się trochę swoim dość wścipskim pytaniem.
-Nie no ok, nie boję się o tym mówić. No więc... Właśnie wtedy Carlos, ten mój Carlos, którego tak kochałam, zmienił się w potwora. Wynajął sobie wtedy dziwki, a mnie zwyczajnie olał. To znaczy najpierw zapytał, czy nie chcę do nich dołączyć. Byłam zdezorientowana, nie rozumiałam tego i dużo czasu minęło, zanim to wszystko pojęłam. To było straszne upokorzenie.- opowiedziałam po krótce ze zdumiewającym spokojem. W moim oku zakręciła się tylko jedna łza, ale nie pozwoliłam jej wypłynąć. Koniec z tym! Stawię czoła przeszłości, już się nie boję.
-Nie zrozum mnie źle, ale jak mogłaś nie zauważyć wcześniej, jaki on jest?
-Nie wiem. Codziennie budząc się, zadaję sobie to pytanie. Nienawidzę siebie za to, że byłam taka głupia i naiwna. Teraz to wiem, ale co mi to da? Już za późno, a ja nie mogę zrobić tak naprawdę nic. Dopiero dzięki Tobie odzyskałam nadzieję.- sama nie rozumiem skąd we mnie tyle siły, by o tym mówić i w ogóle chęci na zwierzenia. Czuję po prostu, że Ucker jest dobry, szczery i naprawdę mnie wysłucha. Korzystam więc z okazji, bo głębsza rozmowa o tym wszystkim jest mi bardzo potrzebna.
-Nie możesz się za to winić. Byłaś zakochana, a wtedy popełnia się wiele błędów.
-To nie tylko ślepa miłość.- przerwałam mu.
-Nie, a co jeszcze?
-Eh... Carlos tak wiele mi obiecał. Mówił, że pomoże mi spełnić marzenia, za którymi tak biegłam. Zwyczajnie mnie oszukał, dając posadę "szefowej" w jednej ze swoich firm. Nie chciałam tego. Głupia byłam, prawda?
-Nie, Dul. To nie głupota, a może raczej zbytnia ufność i z pewnością wielkie ambicje. No niestety to Cię zgubiło, ale Ty jeszcze nie przegrałaś. Mimo tego, jak nisko upadłaś, podniosłaś się i masz szansę wygrać z tym psycholem. Musisz tylko w to uwierzyć, wiesz to zresztą na pewno. Dasz sobie radę.
-Wiem. Od przyjazdu tutaj jest dużo lepiej. Nie myślę już o śmierci, chcę żyć, a takie życie mi się podoba. Nadal jednak boję się, że to sen, że niedługo się obudzę i to wszystko powróci. Że znów będę dziwką.- wzdrygnęłam się na samą myśl, a Christopher objął mnie ramieniem i mocno przytulił.
-Nie dopuszczę do tego. Będę przy Tobie, nie martw się.- głaskał mnie delikatnie po ramieniu, co powodowało takie dziwne ciepło na sercu.
-Właściwie to czemu mi pomagasz?- od początku nurtowało mnie to pytanie, ale nie miałam okazji go zadać.
-Szczerze mówiąc, nie wiem. Po prostu chcę, czuję taką potrzebę. Odkąd trafiłaś do szpitala ciągle z Tobą siedziałem. Wcześniej wszystko opowiedziała mi Twoja kuzynka. Po prostu wiedziałem, że nie mogę Cię tak zostawić na pastwę losu tego gnoja. Poza tym moja mama była kiedyś w podobnej sytuacji, choć nie aż tak ciężkiej, więc mam lepszy obraz na to, co przeżyłaś.- wytłumaczył. Jejku, on naprawdę bezinteresownie mi pomaga, jest taki kochany. Teraz to ma sens.
-Twój ojciec był jak Carlos?- zapytałam zaciekawiona.
-Nie, jego nawet nie znam. Zmarł jeszcze zanim się urodziłem, ponoć był wspaniałym człowiekiem.- wyraźnie posmutniał. -Później miała nowego męża. Była w podobnej sytuacji do Ciebie. Tyle tylko, że on nie był aż tak okrutny i nie rządał takich rzeczy, do jakich zmuszał Ciebie Carlos. I miał przebłyski dobroci, i czułości.
-Co się z nim stało?- jestem chyba zbyt ciekawska, no ale trudno, Ucker ma do mnie cierpliwość.
-Zabili go, bo nie zapłacił długu u jakiegoś gangstera. Byłem wtedy mały, ale wiedziałem, że sobie na to zasłużył. Nie ukrywam, że się ucieszyłem z jego śmierci. Pomogłem mamie się po tym pozbierać i wtedy obiecałem sobie, że nigdy nie zostawię nikogo samego w takiej sytuacji. No i spotkałem Ciebie. Nie mogłem być obojętny na Twoją krzywdę, dlatego tu z Tobą jestem.- zaskoczyły mnie jego słowa. Nie sądziłam, że on także przeżył dramat. Nie byłam w stanie nic odpowiedzieć, nie wiedziałam po prostu co.
-Och, nie miałam pojęcia...- wydukałam.
-Jesteś pierwszą osobą, której to mówię.
-Serio?
-Mhm. Przez to wszystko byłem bardzo zamknięty w sobie, ale minęło już zbyt dużo czasu, żeby to rozpamiętywać. Padło na Ciebie, to Ty to pierwsza usłyszałaś.- był smutny. Wyglądał jak bezbronny, mały chłopiec. Wtuliłam się w niego mocno. Myślę, że nam obojgu to w tym momencie dobrze zrobiło. Przytulił mnie i słodko pocałował w policzek. -Śpij już.- nakazał delikatnym głosem, głaszcząc mnie po włosach.
-Wszystko w porządku?- zapytałam z troską. Byłam mu to winna, bo przecież on cały czas się o mnie troszczy.
-Tak, spokojnie. A z Tobą?
-Jest ok, dzięki.
-Dobranoc.- powiedział, ziewając.
-Miłych snów.- odpowiedziałam, przysuwając się do niego bardziej. Teraz leżeliśmy bardzo blisko, ciało przy ciele. Ale to po to, żeby nie było mi zimno. Po chwili Ucker już spał. Ja nie mogłam zasnąć. Miałam zbyt wiele myśli do uporządkowania. Ogólnie tak w samotności, kiedy Ucker zasnął, znów się w tym wszystkim zgubiłam. Powróciły złe wspomnienia i to straszne poczucie, że jestem dziwką. Nagle gwałtownie odsunęłam się od Christophera, bo wydało mi się to czymś złym, że śpimy przytuleni. Z oczu zaczęły mi płynąć łzy. Starałam się je powstrzymać, ale nie mogłam. W ciągu dnia wydawało mi się, że już wszystko ze mną w porządku, ale tak wcale nie było. Ból pozostał nieuleczony, lecz jedynie stłumiony uwagą i troską Uckera. W tym momencie czułam się okropnie. Tak jakby powróciła moja czarna strona, jakieś złe duchy. Znowu zaczęłam sobie wmawiać, że jestem bezwartościowa i tak dalej. Tak bardzo chciało mi się spać, ale zbytnio mnie to męczyło. Ze łzami w oczach i bólem w sercu w końcu zasnęłam.
I jest ;-) Takie nudne te święta, że aż już teraz dodaję rozdział xD No to takie trochę spóźnione: Wesołych Świąt! <3

czwartek, 2 kwietnia 2015

14. A co teraz czujesz?

Dulce:
Po śniadaniu pojechaliśmy z Uckerem do sklepu. W drodze powrotnej panowała dziwna cisza.
-Co jest?- zapytałam widząc zmartwienie na twarzy Uckera.
-No bo Dul, ja...- urwał w połowie zdania. Kurde, o co chodzi?
-No co?
-Bo teraz, no wiesz... Jedziemy do urzędu wziąć ślub.
-Że co?! Teraz?- co prawda się na to zgodziłam, jednak teraz miałam pewne obawy.
-Tak, właśnie teraz. Dojechaliśmy na miejsce.- zaparkował i wysiadł. Siedziałam dalej na swoim miejscu, wmurowało mnie. W końcu otworzył mi drzwi. -No chodź.- wyciągnął do mnie rękę, a ja po chwili zawahania mu ją podałam i także wysiadłam.
-Ucker, ale ja... No ja nie jestem pewna.- jąkałam się, patrząc mu w oczy.
-Skarbie... Już to przerabialiśmy.- mówił, obejmując moją twarz dłońmi.
-Czy Ty właśnie nazwałeś mnie "skarbem"?- zaskoczyło mnie to trochę, bo przecież nic nas nie łączy.
-Tak, bo nim jesteś. Pilnuję Cię jak swojego najdroższego skarbu.- po tych słowach zrobiło mi się tak ciepło na sercu. Uśmiechnęłam się do niego słodko, po czym delikatnie i czule go pocałowałam. Przez chwilę był w szoku, ale mimo to odwzajemniał pocałunek. To było wręcz magiczne. Nigdy jeszcze nie przeżyłam tak wspaniałego pocałunku, tak czułego i... No właśnie tego nie da się wyrazić słowami. Po jakimś czasie się od siebie oderwaliśmy i patrzyliśmy sobie w oczy. -Zaufaj mi Dul, nie zawiodę Cię.
-Ufam Ci Uckerku, dziękuję.- odpowiedziałam, cmoknęłam go jeszcze w policzek i się od niego całkowicie odsunęłam. Popatrzył na mnie badawczo, ale o dziwo w żaden sposób nie skomentował pocałunku. Tak jest lepiej, nie o wszystkim musimy gadać. Po chwili byliśmy już w budynku. Weszliśmy na salę ślubną, po drodze biorąc przypadkowe osoby na świadków. Rozbawiło mnie to trochę. Wszystko odbyło się bez żadnej w naszym przypadku zbędnej ceremonii. Nie dało się jednak ominąć tego symbolicznego pocałunku na końcu. Oczywiście nie miałam nic przeciwko, jednak muszę przyznać, że wcześniejszy pocałunek był dużo lepszy. Wyszliśmy z sali, tak jak weszliśmy, to znaczy jako zupełnie sobie obcy ludzie. Nie no przepraszam, jesteśmy małżeństwem, ale jakoś to do mnie nie dociera.
-No więc co?... Jesteś moim mężem.- powiedziałam, gdy byliśmy już w samochodzie.
-No jakby nie patrzeć.- odpowiedział ze znaczącym uśmiechem.
-Świetnie... Znów mam męża, który mnie nie kocha. Ja to mam szczęście...- to wypowiedziałam z ironią i może z odrobiną smutku. Dlaczego? Przecież od razu to wiedziałam.
-Nie porównuj tego.- skarcił mnie delikatnie.
-Przepraszam.
-Poza tym ja Cię kocham, ale nie tak jak powinienem jako mąż.- mówiąc to, położył dłoń na moje kolano. Na szczęście jeszcze nie ruszyliśmy, więc mógł to na luzie zrobić. -Traktuję Cię jak przyjaciółkę, albo młodszą siostrę z uwagi na to, że się Tobą opiekuję.- dopowiedział, a ja posłałam mu delikatny, jakby przyćmiony uśmiech.
-Przyjaciółkę się tak całuje, jak my to robiliśmy wcześniej?- nie wiem, czy zadałam to pytanie z ciekawości, czy złośliwie, ale jakoś tak po prostu musiałam.
-Duluś... To były jednorazowe sytuacje, emocje. Zresztą Ty kochana to sprowokowałaś.- kurde, czy on musiał mi to tak uświadamiać.
-Dobra, nie było tematu.- chyba się zarumieniłam, a on wybuchnął śmiechem. Jego słodki śmiech jest cholernie zaraźliwy, więc także zaczęłam się śmiać. -Jedź już, bo głodna znowu jestem.
-Tak to jest, jak się śpi kilka dni.
-Miałeś już o tym nie wspominać.- upomniałam go.
-Wiem, wybacz.- cmoknął mnie słodko w policzek, za pewne na przeprosiny. I weź tu się na takiego gniewaj... Uśmiechnęłam się trochę zmieszana i już zamilkłam. Przez resztę drogi już żadne z nas się nie odezwało. Byłam przygaszona, pogrążona w myślach, w zasadzie zasmucona, ale skutecznie to ukrywałam pod grobową powagą. Nawet nie zauważyłam, kiedy dotarliśmy na miejsce. Ocknęłam się dopiero, kiedy Ucker wysiadł, trzaskając drzwiami.
-A Ty nie wysiadasz?- zapytał, otwierając mi drzwi. Wysiadłam z samochodu i nie czekając na niego, podążałam w stronę domu. -Co tak biegniesz?- poczułam jak łapie mnie za ramię.
-Nie biegnę, tylko szybko idę.- odpowiadziałam, odwracając się w jego stronę.
-Dlaczego? Co się z Tobą znowu dzieje?- zadawał te pytania z troską, ale jednocześnie jakby z wyrzutem.
-Nic, wszystko ok. Zaraz mi przejdzie, nie martw się.- wysiliłam się na delikatny uśmiech, po którym on mnie puścił. Szliśmy już równym krokiem.
-Dobrze, ale jak coś to pamiętaj, że możesz na mnie liczyć.
-Wiem, dziękuję.- weszliśmy do domu.
Ucker:
Dulce znowu była dziwna, taka nieobecna. Nie dziwię jej się w sumie, no bo jak na to co przeżyła, to i tak dobrze się trzyma. Tak chciałbym jej pomóc, ale to chyba ponad moje siły. Jej bólu, tego psychicznego, nic nie uleczy. Chociaż było już dobrze przez cały dzień, to jednak coś znów w niej pękło i jest przybita. Była weselsza, nawet żartowała, kiedy okazywałem jej czułość- te pocałunki i objęcia... Eh, muszę przyznać, że mi też się to podobało. Postanowiłem zrobić wszystko, żeby jej wcześniejszy humor powrócił.
-Co robimy?- zapytałem wesoło i najczulej jak tylko potrafię.
-Pójdę się wykąpać.- odpowiedziała cicho, kierując się w stronę łazienki.
-To ja zrobię kolację.
-Nie, dziękuję, naprawdę nie chcę.- rzuciła mi delikatny uśmiech, choć w jej oczach malował się smutek.
-No skoro tak...- także się do niej ciepło uśmiechnąłem. Wyszła, biorąc z walizki coś do spania.
Patrzyłem, jak znika za drzwiami łazienki. Wziąłem się za robienie kolacji, bo w przeciwieństwie do niej, byłem strasznie głodny. Zjadłem kanapki z serem i ketchupem, i włączyłem telewizor, siadając w dużym, wygodnym fotelu. Po jakimś czasie wyszła z łazienki. Była ubrana jedynie w długą koszulkę i krótkie spodenki. Miała zaczerwienione oczy, jakby płakała. Nie chciałem wypytywać, ale dyskretnie obejrzałem ją z każdej strony, z obawą czy znowu nie próbowała zrobić czegoś głupiego. Nie zauważyłem niczego podejrzanego. Jakby czytała mi w myślach, odpowiedziała na niezadane pytanie:
-Nie patrz tak na mnie, wszystko w porządku.
-Przecież nie...- próbowałem zaprzeczać, ale w odpowiedzi dostałem jedynie jej pobłażliwe spojrzenie i ten smutny uśmiech. -Dobra, to ja pójdę się wykąpać. Idź spać, bo zapewne jesteś zmęczona.- cmoknąłem ją czule w policzek i poszedłem do łazienki.
Anahi:
Wieczór z Poncho mijał tak cudownie. Czułam, jakbym znała go wiele lat, a tymczasem było to zaledwie kilka dni. To dziwne, bo na przykład Christiana traktowałam jak przyjaciela, chociaż z nim byłam, a Poncho... No właśnie, kim on dla mnie jest? Zachowujemy się raczej jak przyjaciele, ale mnie do niego jakoś tak ciągnie. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale chwilami mam wrażenie, jakby łączyło nas dużo więcej. A może ja właśnie tego chcę? "Nie Any, żadnych związków"- powtarzałam sobie w myślach. Zresztą nawet nic o nim nie wiem. A może ma kogoś? Nie no, nie mogę się powstrzymać, muszę go trochę powypytywać. Tylko od czego zacząć, żeby nie wydało mu się to podejrzane?
-A właściwie to skąd jesteś?- dobra, może zacznę tak.
-No z Meksyku. To moje miasto.- odpowiedział, nie spuszczając wzroku z telewizora. -A Ty?- dopiero teraz na mnie popatrzył.
-Yy, też stąd. Aż dziwne, że nigdy wcześniej Cię nie spotkałam.- stwierdziłam, żeby jakoś nawiązać głębszy temat. Jakoś teraz nam to nie szło.
-No widzisz, tak wyszło.- uśmiechnął się serdecznie, po czym wrócił do oglądania filmu. Eh... Nie, tak nie będzie. Wstałam i pod pretekstem pójścia do toalety, wyłączyłam korki w domu. Jezu, zachowuję się jak nastolatka... Mniejsza z tym, będzie dobra zabawa.
-Poncho, boję się.- wydukałam, stojąc na przedpokoju.
-Gdzie jesteś?- słyszałam, że wstał i zbliżał się do mnie. No to czas na mały teatrzyk. Przez okno wpadało światło księżyca, więc widziałam, gdzie stoi Poncho. Zrobiłam krok w przód. "Potknęłam się" o buty, które wcześniej sama celowo tam położyłam. Ja pierdziele, jakie to dziecinne... Oczywiście wpadłam wprost w ramiona Poncha, złapał mnie. -Any, nic Ci nie jest?- zapytał, tuląc mnie do siebie.
-Nie, ale... Ał, boli mnie kostka.- w sumie nie udawałam aż tak bardzo, bo naprawdę mnie trochę bolała przez te moje błaznowanie.
-Mocno? Chodź, położę Cię do łóżka.- wziął mnie na ręce i zaniósł do mojej sypialni. Jakaś część mnie już skakała pod sufit ze szczęścia. Co ja sobie wyobrażałam?...
-Oj nie przesadzaj, nie jest tak źle.- mówiłam to tylko tak dla emocji. Położył mnie na łóżku, a sam usiadł na jego skraju.
-Masz jakąś latarkę?
-Yyy, nie.- skłamałam. -Ale tam w szufladzie są świeczki, to możesz je zapalić.- co ja wyprawiam?... No tak, ten nastrój. Ale po co nam on? Patrzyłam na niego uważnie, kiedy wyciągał świeczki a potem je zapalał.
-Lepiej już?- zapytał, siadając koło mnie na łóżku.
-Tak. Ale byłoby jeszcze lepiej, jakbyś ze mną został.- stwierdziłam, patrząc mu w oczy.
-W sensie, że...- był zmieszany. Zboczeniec... Od razu wiedział, co mam na myśli. -Czy Ty chcesz?...- nie no nie mogę z niego. Czyżby się bał?...
-A Ty?- kurde byłoby śmiesznie, jakby się okazało, że on wcale nie ma niczego nieodpowiedniego na myśli.
-Zgadnij!- rzuciłam się na niego. Wiedziałam, że jeśli tego nie zrobię, to nic z tego nie będzie. Całowałam go bardzo namiętnie, z pasją, oddaniem. Był w szoku, ale już po chwili odwzajemniał moje pocałunki. To było takie cudowne! Powoli rozpinałam jego koszulę, nie odrywając moich ust od jego. Czułam, jak jego niepewność powoli znika. Po kolejnych kilku minutach wzięliśmy za pozbawianie siebie nawzajem ubrań. Ściągnęłam do końca jego koszulę, on to samo zrobił z moją bluzką. Na chwilę wszystko ucichło. Patrzyliśmy sobie głęboko w oczy. Nie trwało to długo, bo zaraz wróciliśmy do rozbierania się. Pozbyliśmy się swoich spodni, które były tu całkowicie zbędne. Pożądanie wzrastało, chciałam więcej i więcej. Teraz. Nie mogłam się doczekać, aż połączymy nasze ciała. Pocałunek był coraz bardziej namiętny, a jego ruchy coraz śmielsze. Poczułam, jak jego ręka delikatnie głaska mnie po plecach, by już po chwili rozpiąć mój stanik. Niespodziewana fala gorąca przebiegła wzdłuż mojego ciała, przyprawiając mnie o dreszcze. Nim zdążyłam zidentyfikować te wszystkie doznania, on już "bawił się" moimi piersiami. Jego dłonie były takie delikatne i czułe. Oderwał usta od moich, zjeżdżając nimi coraz niżej. Całował, pieścił teraz nimi moje piersi. Raz jedną, raz drugą. Zamknęłam oczy, delektując się jego dotykiem. Mój oddech był przyspieszony. Co chwilę przygryzałam dolną wargę, co jakiś czas orientując się, że robię to tak mocno, że aż boli. Jego ręce podążały wzdłuż mojej talii, coraz niżej. Gdy zaczął zsuwać mi majtki, wzięłam głęboki wdech, chyba nawet nie do końca świadomie. Po chwili poczułam jego dłoń między nogami. Rozsunął mi lekko uda i zaczął pieścić palcami moje miejsce intymne. Nie trwało to długo, bo praktycznie płonąc pożądaniem,  szybko zdjęłam jego bokserki. Spojrzał na moją twarz, na której widniał szeroki uśmiech i wszedł we mnie powoli. Jęknęłam cicho. Poruszał się we mnie spokojnie, całując każdy skrawek mojej szyi i dekoltu. Było tak słodko i delikatnie... Chyba jeszcze nigdy w życiu nie przeżyłam czegoś tak wspaniałego, a to przecież oczywiście nie był mój pierwszy raz. No w zasadzie to trochę ich było... Po jakimś czasie oboje opadliśmy z sił, doznając słodkiego spełnienia. Leżałam na jego nagim torsie, zasypiając. Żadne z nas nie odezwało się ani słowem. Nie wiem jak jemu, ale mi było trochę głupio, wstydziłam się, tego co zrobiłam, bo przecież ja to wszystko sprowokowałam. Wyczerpana szybko zasnęłam. Czułam jeszcze, jak Poncho okrywa mnie kołdrą i całuje w czubek głowy.
Dulce:
Postanowiłam się położyć, bo rzeczywiście byłam już trochę zmęczona. Leżałam w łóżku, otulona kołdrą, bo przecież w tym domu jest tak cholernie zimno. Myślałam o tym wszystkim, czego doświadczam, o tym, co przeżyłam i o tym, co czuję. Z moich oczu mimowolnie zaczęły lecieć łzy. Sama nie do końca wiem dlaczego. Było mi smutno zapewne z tego samego powodu, co wcześniej- to mój drugi ślub bez jakiejkolwiek przyszłości. Świetnie... Kolejna noc poślubna, spędzona samotnie w pokoju w towarzystwie moich łez. Nagle poczułam, jak materac się ugina. Wiedziałam, że to Ucker wszedł na łóżko, choć leżałam na drugim boku. Pośpiesznie zaczęłam wycierać łzy rogiem kołdry. Jakby to miało cokolwiek pomóc... Może i pomyślałby, że śpię, ale sama się zdradziłam, ciągając nosem. Kurde! Głupi nie jest i natychmiast delikatnym ruchem ręki, obrócił mnie w swoją stronę, pytając głosem przepełnionym troską:
-Co się dzieje?
-Nic, tak mi po prostu smutno.- odpowiedziałam, z trudem powstrzymując kolejne morze łez.
-Dul, widzę przecież, że coś Cię gryzie. I nie wygląda mi to na zwykłą, wieczorną melancholię.- czy on musi być tak odrażająco inteligentny i domyślny?!
-Masz rację. Ale to po prostu zwykła mieszanka złych wspomnień, z tym, co czuję teraz.- czułam potrzebę rozmowy, ale mimo to nie byłam w stanie tak wprost powiedzieć, o co chodzi.
-Tak, a co teraz czujesz?
-Nie wiem. Jestem zagubiona, a jednocześnie rozczarowana.
-Rozczarowana? Czym?- zapytał, marszcząc brwi.
-Ogółem, całym moim życiem.- nie wytrzymałam, wybuchłam niekontrolowanym płaczem.
-Nie płacz, skarbie. Proszę, powiedz mi wszystko. O co dokładnie chodzi? Może uda mi się temu jakoś zaradzić.- przytulał mnie czule, głaskając po włosach.
-Tak, tylko Ty możesz w tej sytuacji coś zrobić.- przyznałam, siadając i znów ocierając łzy.
-To tym bardziej mi powiedz. Przecież wiesz, że postaram się Ciebie zrozumieć bez względu na wszystko. Zaufaj mi.- położył swoją rękę na mojej i zaczął delikatnie gładzić kciukiem jej zewnętrzną część.
-Smutno mi... Bo to moja kolejna beznadziejna noc poślubna.- z moich oczu znów wypłynął potok łez, a na jego twarzy malowało się lekkie rozbawienie, połączone z troską i współczuciem. Przytulił mnie, czekając aż się trochę uspokoję.
I jest rozdział, do poniedziałku :-*