środa, 18 listopada 2015

4. "Może po tym trochę ochłoniesz"

Z samego rana usłyszałam głos Anahi:
-Wstawaj, idziemy na miasto.
-Co? Gdzie?- wydukałam, przeciągając się.
-Wczoraj obiecałaś, że pójdziesz ze mną.- cholera, całkiem zapomniałam.
-A no tak... Dobra, już wstaję.
Zwlekłam się z łóżka i włożyłam na siebie ubrania pożyczone od Any. Uparła się, żebym to ubrała, no to niech jej będzie. Muszę przyznać, że wyglądałam bardzo fajnie, dużo lepiej niż w moich starych, niezbyt ładnych ciuchach. Po śniadaniu od razu poszłyśmy na miasto. Byłyśmy w jakimś spa. To było naprawdę świetne! Te maseczki, masaże i w ogóle. U kosmetyczki zrobiłyśmy sobie paznokcie. To znaczy Anahi robiła tipsy, ale moje były tylko pomalowane. Od razu wróciły wspomnienia z moją mamą, kiedy malowała mi paznokcie, jak byłam mała. Miałam wtedy 5 lat, a każdy paznokieć musiał mieć inny kolor. Później poszłyśmy do fryzjera, gdzie wyrównali mi zniszczone końcówki. Niczego więcej z włosami zrobić nie pozwoliłam, chociaż Any namawiała mnie na różne rzeczy. Na końcu poszłyśmy do galerii handlowej pochodzić po sklepach. Dla mnie to niezbyt ciekawe, ale ona biegała jak wariatka i jarała się każdą rzeczą. Chociaż nie, nie każdą, na niektóre od razu mówiła "fu". Śmieszyło mnie to. Kiedy już skończyła te swoje zakupy, usiadłyśmy przy fontannie i jadłyśmy lody.
-Dobrze się bawiłaś?- zapytała z szerokim uśmiechem.
-Tak, choć zakupy to jednak nie moja bajka.- odpowiedziałam szczerze.
-Zauważyłam. A co Ty lubisz robić?
-Wiesz... Ja raczej nigdy nie mam czasu, żeby robić to co lubię. Ale jak już to czasami poczytam jakieś książki, posłucham muzyki, pójdę na spacer, coś w tym stylu.
-Bardzo... Mało ciekawie.- stwierdziła, śmiejąc się. -A książki to pewnie jakieś naukowe, albo filozoficzne bzdury?...
-Nie, najbardziej lubię romanse i takie różne.
-Widzę, że trafiłam na typową romantyczkę. Ja też lubię romanse, ale raczej w wersji filmu.
-Ja telewizora nie mam, więc zostają mi książki.
-A co Ty na to, żebyśmy dzisiaj wieczorem obejrzały jakiś film?
-Nie mogę. Obiecałam bratu, że przyjdę wieczorem.
-To może odwiedzimy go teraz?
-Chcesz iść tam ze mną?
-Mhm.- ona coraz bardziej mnie zadziwia.
-No okej, więc chodźmy.

Poszłyśmy do szpitala. Z Juanitem na szczęście troszkę lepiej i wrócił na swoją salę. Jak zwykle bardzo ucieszył się na mój widok.
-A kto to jest?- zapytał, wskazując na Anahi.
-Jestem koleżanką Twojej siostry. Any.- przedstawiła się z uśmiechem.
-Jesteś bardzo ładna.- stwierdził, przyglądając się Any.
-Dziękuję, Ty też jesteś śliczny.
-Fajnie, że Dulce ma w końcu koleżankę, nigdy jej nie miała.- serio musiał to mówić?
-Nie miałaś koleżanki?- była naprawdę bardzo zdziwiona.
-Nie, Any, jestem raczej typem samotnika.
-Ja mam mnóstwo koleżanek, ale one lubią mnie tylko dlatego, że mam pieniądze i jestem sławna.
-W takim razie musisz je wymienić na kogoś, kto naprawdę będzie Cię lubił.- wtrącił się Juanito.
-Jesteś taki mały, a taki mądry. Chyba masz rację.
-Ja zawsze mam rację.- powiedział pewny siebie.
-W końcu jesteś moim bratem, to musisz być mądry.- zaśmiałam się, całując go w policzek.

Niestety nie byłyśmy u niego długo, bo mama zadzwoniła do Mii, żebyśmy już przyszły. Po drodze Anahi ciągle namawiała mnie, żebym poprosiła jej rodziców o pożyczkę na leczenie brata. Odmówiłam i zakazałam jej mówić im o mojej sytuacji. Nie mogłabym pożyczyć takiej kasy ze świadomością, że nigdy nie zdołam tego zwrócić. Any tego nie rozumiała, bo dla niej to nie jest aż tak duża kwota. Wreszcie jednak odpuściła. Okazało się, że miałyśmy po prostu przyjść na obiad. Uckera nie było, bo gdzieś wybył. Po jedzeniu miałam przebrać wszystkim pościel i wstawić pranie. Zrobiłam to w miarę szybko, jednak zdążyło zrobić się ciemno. Ustaliłyśmy z Anahi, że pójdziemy się najpierw szybko wykąpać, a potem obejrzymy ten film. No to udałam się do pokoju, a potem do łazienki pod prysznic. Wyszłam stamtąd jedynie w ręczniku. Mało nie dostałam zawału, kiedy zobaczyłam siedzącego na moim łóżku Christophera. Zaczęłam się bardziej zakrywać ręcznikiem, choć i tak nie było widać niczego nieodpowiedniego.
-Spokojnie i tak widziałem Cię już całą.- powiedział z szyderczym uśmiechem.
-Jak to?!- zapytałam przerażona faktem, że obcy chłopak mógł widzieć mnie nago.
-Nie domknęłaś drzwi od łazienki, kochanie.- pokazał mi  zdjęcia mojego nagiego ciała pod prysznicem na swoim telefonie.
-Usuń to świnio!- krzyczałam, a w oczach miałam łzy.
-Nie zamierzam, będę miał na co popatrzeć. Z takim ciałkiem to Ty powinnaś być gwiazdą porno, a nie sprzątaczką. To lepiej płatna praca. Mogę Ci to załatwić za jeden szybki numerek.- mówił, pożerając mnie wzrokiem i przybliżając się ciągle.
-Ty popierdolony, niewyżyty erotomanie!!- wyzwałam go, kopiąc z całej siły w czułe miejsce. -Może po tym trochę ochłoniesz.- stwierdziłam, wchodząc do łazienki.
-Pożałujesz, głupia dziwko!- po tym usłyszałam zamykanie drzwi od pokoju z trzaskiem.
Ubrałam się w piżamę, umyłam zęby i rozczesałam mokre włosy. Nadal gotowało się we mnie ze złości. Bałam się tylko, że te zdjęcia ktoś jeszcze zobaczy, albo że ten zboczeniec gdzieś je zamieści w internecie. Udając, że wszystko okej, zeszłam na dół do salonu, gdzie czekała już na mnie Anahi.
-Co tak długo?- zapytała, włączając film.
-Tak jakoś wyszło.- zbyłam ją czymkolwiek.
-No okej. Popcorn się zrobił, wyjmiesz go z mikrofalówki?
-Mhm, idę.- udałam się do kuchni, a tam niestety był ten kretyn.
-Ale ładną dupcię widzę.- powiedział, zmierzając mnie wzrokiem. -Chociaż ta wersja ze zdjęcia bardziej mi się podoba.
-Zamknij ryj, idioto!- krzyknęłam, rzucając w niego popcornem.
-Jaka ostra... Ciekawe czy taka też jesteś w łóżku.- on sobie ze mnie zwyczajnie kpił, bo doskonale wiedział, jak mnie to drażni.
-Chciałbyś się przekonać, co? Możesz sobie tylko pomarzyć...- zakończyłam i wróciłam do salonu z miską popcornu.

🌸🌸🌸🌸🌸🌸🌸🌸

Moje kochane dziś rozdział tak z okazji pierwszej jednocyfrowej liczby dzielącej nas od spotkania z Dulą :) :D Boże, nie mogę się doczekać ❤ No to następny będzie gdzieś tak w weekend ;) 

piątek, 13 listopada 2015

3. "Nie płacz więcej"


-Spokojnie, Pani brat żyje.- uspokoił mnie lekarz z delikatnym uśmiechem.
-Więc co się dzieje? Proszę mówić.- denerwowałam się tym, co mogę usłyszeć.
-Stan Juanita się pogorszył. Być może jedynym ratunkiem jest poważna operacja, która niestety nie jest refundowana.
-Nieważne, byleby żył.
-Z tym że koszt operacji to blisko 200 tysięcy.- i w tym momencie się załamałam.
-Skąd wezmę taką kwotę?- zapytałam ze łzami w oczach.
-Nie wiem, ale to może być konieczne.
-Minie chyba rok, zanim zbiorę tyle kasy. To mało prawdopodobne...
Po rozmowie z lekarzem poszłam jeszcze na chwilę do Juanita. Niestety nie mogłam być długo, bo robili mu jakieś badania. Wróciłam do domu. Byłam załamana tą operacją. Zebranie takiej kwoty graniczy z cudem. Ale jeśli nie zdobędę tych pieniędzy, to mój brat może umrzeć! Nie, tego nie zniosę. Muszę coś wymyślić, jakąś zbiórkę pieniędzy, nie wiem... Cokolwiek. Nie pozwolę mu umrzeć. Nie poddam się bez walki! Siedziałam w kuchni i płakałam, kiedy przyszła Augustina.
-Co się stało, kochana?- zapytała, podchodząc do mnie.
-Nieważne...- odpowiedziałam, bo nigdy nie lubiłam zwierzać się ze swoich problemów.
-Znowu te głupie dzieciaki?
-Nie, tym razem nie oni. To poważniejsza sprawa.
-Chłopak?
-Nie, nie mam chłopaka.
-Więc o co chodzi?- dobrze wiem, że ona nie da mi spokoju, dopóki jej wszystkiego nie wyśpiewam.
-Eh... No dobrze. Chodzi o mojego brata. On jest bardzo chory.
-Dlaczego wcześniej nic mi o tym nie mówiłaś?
-Nie lubię się zwierzać. Zresztą teraz jego stan się pogorszył, wcześniej było nawet dobrze.
-Jest aż tak źle? Wyjdzie z tego?
-Nie mam pojęcia. Lekarz powiedział, że być może jedynym ratunkiem jest bardzo kosztowna operacja. Ale nie stać mnie na nią, więc pozostaje mi liczyć na cud, że obędzie się bez tego.
-A Twoi rodzice?
-Nie żyją. Jestem z bratem sama. To ja muszę go utrzymać, zarobić na lekarstwa i wszystko inne. Jest ciężko, ale muszę dać radę.
-Biedactwo moje...- objęła mnie mocno, całując w czubek głowy. -Pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć. Też niewiele mam, ale postaram się pomóc.
-Dziękuję Ci z całego serca, jesteś bardzo dobrą osobą.
Otarłam łzy, bo musiałam zrobić plastikowej księżniczce kawę. Czekała na nią w salonie. Kiedy tam poszłam z jej zamówionym napojem, wstała i powiedziała poważnym tonem głosu:
-Słyszałam Twoją rozmowę z Augustiną.- tego tylko brakowało. -Nie miałam pojęcia, że masz tak trudną sytuację. Przepraszam, że się z Ciebie śmiałam.- wow, tego się nie spodziewałam.
-Nie ma sprawy, po prostu nie wiedziałaś.- chciałam odejść, ale złapała mnie za rękę.
-Naprawdę mi przykro z powodu Twojego brata i chciałabym pomóc. Poproś moich rodziców, na pewno pożyczą Ci pieniądze.- dziwiła mnie jej postawa, ale widziałam, że po raz pierwszy ta dziewczyna była szczera.
-Nie mogę prosić ich o pieniądze. Nigdy nie zdołam im tego wszystkiego zwrócić.
-Ale trzeba jakoś uratować Twojego brata.- przez nią znów zalałam się łzami. -Nie płacz, zaraz coś wymyślimy.- próbowała mnie pocieszyć z delikatnym uśmiechem.
-Dziękuję.
-Mam pomysł!- krzyknęła, jakby dostała nagłego olśnienia. -Sprzedam ubrania z zeszłego sezonu, a pieniądze przeznaczymy dla Twojego brata.- wow, ona myśli, dobrze myśli!
-Serio zrobisz to dla mnie? Nie powinnam przyjąć takiej pomocy.
-Ale przyjmiesz i koniec tematu. Daj mi choć raz zrobić coś dobrego i pożytecznego.
-No dobrze, skoro sprawi Ci to taką przyjemność, to niech będzie. Dziękuję Ci bardzo.- aż ją przytuliłam i chyba ją to lekko zaskoczyło.
-Teraz rozumiem, dlaczego tak wyglądasz... Zwyczajnie nie masz pieniędzy na kosmetyki i modne ciuchy.- jaka ona spostrzegawcza. -Mogę zmienić Twój styl? Proszę...
-Nie Any, to nie jest dobry pomysł.
-No proszę... Przy okazji zapomnisz na chwilę o problemach, odreagujesz. Pójdziemy tylko do kosmetyczki i do fryzjera. I dam Ci parę moich ładnych ciuchów.- nie, ona chyba oszalała...
-No dobra, niech Ci będzie. Ale koniec z krytykowaniem mojego wyglądu, okej?
-Okej. Rozejm?- podała mi rękę z uśmiechem.
-Tak, dziękuję.- odwzajemniłam gest.
Po tej według mnie dość dziwnej rozmowie poszłam do swojego pokoju. Swoją drogą było tu tak ślicznie. I miałam swoją łazienkę! Wzięłam szybki prysznic i położyłam się do łóżka. Nie mogłam zasnąć, a do oczu znów napływały mi łzy. Postanowiłam, że wyjdę na świeże powietrze. Tak więc cichutko opuściłam swój pokój i wyszłam na dwór. Usiadłam na schodach przed domem. Dalej płakałam, patrząc w gwiazdy. Nagle podszedł do mnie chudy, niezadbany, szary kot. Zaczęłam go głaskać i mówiłam do niego:
-Widzę, że Ty też czujesz się samotny. Tobą też nikt się nie interesuje, nikt Cię nie kocha? Znam to uczucie. Ale nie rozumiem, dlaczego tak jest. Ty zapewne też chciałbyś mieć dużą rodzinę, która okazuje Ci miłość, co?- łzy leciały mi coraz mocniej, a kotek zdawał się słuchać mnie uważnie i cicho pomrukiwał. -Wiesz co? Chętnie wzięłabym Cię do siebie. Juanito byłby przeszczęśliwy, ale niestety nie mogę mieć zwierzątka. Nawet taka mała istotka jak Ty nie może mnie kochać.
-Widzę, że całkiem Ci odbiło...- usłyszałam tuż za sobą już dosyć dobrze znany mi głos.
-Dlaczego tak mówisz?- zapytałam, ocierając łzy i ciągając nosem.
-Normalni ludzie raczej nie gadają z bezdomnymi kotami.
-Czemu nie?! Nie widzę w tym nic złego.- mówiłam ze spuszczoną głową, by nie zauważył, że płakałam.
-Czemu tu siedzisz sama?- nagle zmienił ton głosu na dużo milszy i usiadł koło mnie na schodach.
-A z kim mam siedzieć?!- zapytałam agresywnie.
-Spokojnie, tylko pytam. Zresztą nie no sorry, nie byłaś tu sama... Zapomniałem o kocie, to taki wierny kompan.- zaśmiał się, aż ja delikatnie się uśmiechnęłam.
-Tak, on naprawdę mnie słuchał i rozumiał. A Ty po co tu jesteś i czemu jesteś dla mnie miły?
-Tak po prostu. Jest noc, więc nie mam siły ani ochoty nikogo wyzywać ani się kłócić.
-Mhm. W takim razie jesteś dużo lepszy, kiedy jesteś zmęczony i śpiący.- przez przypadek spojrzałam mu w oczy.
-Płakałaś?
-Nieważne. Zresztą chyba nie myślisz, że będę Ci się zwierzać?
-Nie, nawet tego nie chcę.
-To dobrze. I tak zepsułeś moje samotne siedzenie na świeżym powietrzu, więc lepiej pójdę już do pokoju.- powiedziałam, wstając i szłam do domu.
-Śpij dobrze i nie płacz więcej.- rzucił mi na odchodne z czarującym uśmiechem.
-Okej postaram się, dobranoc.- szybko trafiłam z powrotem do pokoju i wskoczyłam od razu pod kołdrę, bo cholernie zmarzłam.
Zastanawiałam się, co ich dzisiaj wzięło, że są dla mnie tacy mili. I on i jego siostra... Z tą różnicą, że Any była szczera i zaoferowała swoją pomoc, a Ucker to jakoś tak przez przypadek. Ale i tak dużo bardziej wolę go takiego, niż jak jest takim dupkiem.

⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐⭐

Dobra, dodaję ten rozdział tak, jak mówiłam z okazji tych cudnych 14 dni :D Za dwa tygodnie o tej porze będę po spotkaniu z Dulą ❤❤❤ Koniec mojej przemowy na dziś, znikam stąd i pojawię się jakoś w... Środę :*

środa, 11 listopada 2015

2. "I kto tu jest nikim?..."


Po kolacji chciałam odwiedzić Juanita, bo obiecałam, że nadal będę wpadać codziennie. Już chciałam wychodzić, kiedy zatrzymał mnie głos tego debila, to znaczy księcia Christophera:
-Gdzie Ty się wybierasz?!
-Ja... Idę odwiedzić brata w szpitalu.- odpowiedziałam zmieszana.
-A kto pozwolił Ci wyjść?
-Yyy... Mówiłam wcześniej Pani Laurze, że będę szła.
-Wcześniej? Powinnaś to potwierdzić przed wyjściem. Co jakby ktoś Cię potrzebował akurat, kiedy wyjdziesz? Jeśli nie będziemy wiedzieć, kiedy wychodzisz, to wylecisz stąd. Czy to jasne?!- on to robi celowo, byleby tylko uprzykrzyć mi życie, bo przecież wszyscy poszli już dawno spać.
-No dobrze, przepraszam. Proszę wybaczyć, ale naprawdę muszę iść, bo obiecałam to bratu.
-A co mnie to obchodzi?! Jesteś mi tu potrzebna i koniec, kropka.- co z niego za cham, już go nienawidzę.
-Po co? Proszę, naprawdę muszę iść.- mimo złości próbowałam jakoś na niego wpłynąć.
-Najpierw zrobisz mi kawę.- nie no serio?...
-Naprawdę nie możesz zrobić sobie jej sam? Jestem aż tak niezbędna?
-Od tego tu jesteś, idiotko.
-Możesz darować sobie te wyzwiska? Ja Cię nie wyzywam, choć na to w pełni zasługujesz, więc Ty też tego nie rób.
-Zapamiętaj sobie, że nie masz prawa mówić mi, co mam robić. Jesteś nikim, pracujesz tu.
-A Ty myślisz, że kim jesteś?! To, że masz pieniądze, nie znaczy, że jesteś kimś lepszym ode mnie. Tym bardziej, że utrzymują Cię rodzice, a Ty nie robisz nic.- zebrałam w sobie odwagę, żeby mu wygarnąć, a jego mina była bezcenna.
-Zamknij się, bo pożałujesz!- krzyknął, łapiąc mnie z całej siły za przedramię.
-Grozisz kobiecie? I kto tu jest nikim?...- może i jestem sama i nikt mnie nie kocha, ale nie pozwolę jakiemuś lalusiowi się na mnie wyżywać.
-Nie będę się z Tobą użerać, spierdalaj.- popchnął mnie na ścianę i poszedł.
Z trudem powstrzymując łzy, wyszłam z domu. Szłam ciemnymi ulicami Meksyku, zupełnie zapominając o tym, że nie jest to bezpieczne miasto i jak to mówiła moja mama, na każdym kroku czai się zło. Nie, z najgorszym złem to ja się już przed chwilą zmierzyłam, dość tego. Dość szybko dotarłam do szpitala. Zdążyłam, Juanito jeszcze nie spał.
-Myślałem, że już nie przyjdziesz...- powiedział cichym, zmęczonym głosem.
-Obiecałam przecież, że będę.- odpowiedziałam, głaskając go po głowie.
-Fajną masz pracę?- zapytał z entuzjazmem.
-Tak, fajną.
-To dlaczego jesteś smutna?- czy on musi mnie znać tak dobrze i wszystko wiedzieć?
-Nie jestem smutna, kochanie. Po prostu zmęczona.- wymusiłam delikatny uśmiech na swojej twarzy.
-No skoro tak twierdzisz, to niech Ci będzie.
-Nie wierzysz mi?
-Nie, bo Ty zawsze kłamiesz, żeby mnie nie martwić.
-Skarbie mój kochany...- powiedziałam, przytulając go mocno.
-Zostaniesz ze mną na noc?- zapytał patrząc mi w oczy.
-Przepraszam, ale nie mogę.
-Dlaczego? Nie chcę tu być sam.
-Juanito, mówiłam Ci już, że muszę być w pracy.
-Ale w nocy?
-Tak, bo mi zamkną drzwi na klucz i nie wejdę tam rano.
-Dul, ja nie chcę tu być bez Ciebie.- w jego słodkich oczkach pojawiły się łzy.
-Przyjdę jutro na dłużej, obiecuję.
-Na pewno?
-Tak, przysięgam.- pocałowałam go w czoło i chciałam iść.
-Dulce...
-Co?
-Bardzo Cię kocham.- powiedział słodkim głosem z ciepłym uśmiechem.
-Ja Ciebie też, dobranoc.
Każda wizyta w szpitalu, rozmowa z Juanem wywołuje u mnie łzy. Tak bym chciała, żeby wyzdrowiał i mógł cieszyć się życiem jak inne dzieci. A tymczasem niewiadomo ile czasu mu zostało. Ta myśl jest najgorsza...

Mijały kolejne dni tak bardzo podobne do siebie. Codzienne kłótnie z Uckerem i z Any są wykańczające. Do tej pory oczywiście nie powiedziałam o niczym Pani Laurze. Co wieczór odwiedzałam Juanita w szpitalu. Pewnego dnia poszłam tam, ale mojego brata nie było w pokoju. Przestraszyłam się bardzo, bo od razu pomyślałam o najgorszym. Poszłam do jego lekarza i ze łzami w oczach zapytałam:
-Gdzie jest mój brat?
-Oo, dobrze, że Pani jest. Z przykrością muszę poinformować Panią...- nie dałam mu skończyć, bo wybuchłam płaczem.
-Czy on...?

⚡⚡⚡⚡⚡⚡⚡⚡⚡⚡⚡⚡⚡⚡⚡⚡⚡

No to jest, jak obiecałam w środę ;) No i rozdział dla Moniki na pocieszenie :* Chociaż w sumie jest mało pocieszający, no ale trudno, tak wyszło... xD Następny myślę, że w piętek (uczcimy rozdziałem 2 tygodnie do spotkania z Dulą ❤)
No a wgl to dziś jeszcze muszę dodać, że zostało 16 dni, a za równe 2 tygodnie się widzimy Monisiu :*